Wednesday, July 26, 2017

Wielka Pętla Ryterska

Trasa jest praktycznie w całości autorstwa Piotra - jego pomysł, jego analiza mapy. Ja dorzuciłem jedynie kilka szczegółów technicznych, ale szczerze mówiąc drugorzędnych. Tym bardziej że takiego przebiegu trasy jeszcze w popradzkim Parku Krajobrazowych nie przemierzałem, więc i moje doświadczenia z wędrówką na tym szlaku były skromne.

Schronisko na Przehybie znałem już z lat wcześniejszych, tyle że głównie z rajdów prowadzących od Jaworek lub Szczawnicy. Zatem inne podejście, inne czasy itp. Ale dane na mapach zazwyczaj nie kłamią, pozwalają oszacować czasy, a koty i poziomice stromizny i przewyższenia jakie przyjdzie pokonać.

Po kilku naradach stwierdzamy że trasa jest całkiem realna, na jeden dzień, nie wymaga cudów, jedynie całego wolnego dnia - czyli musimy jechać po drugiej nocy, tak by nasze Żony były w pracach a dzieci na wakacjach... łatwe? Nic podobnego!!! - udało się znaleźć TYLKO JEDEN taki dzień w roku! I Bogu dzięki nic nam planów nie pokrzyżowało!

Samochód prowadzi Piotr - podziwiam Go, ja jestem prawie zombi, dopiero na szlaku jako tako dojdę do siebie. Jemu jednak widać kierownica nie straszna, a prowadzi dynamicznie lecz mądrze, więc dojazd mija szybko. Parkujemy w Rytrze opodal stacji PKP (dobrze pamiętałem), parkowanie bezpłatne, w bezpiecznym miejscu i praktycznie tuż przy znakach niebieskiego szlaku który nas wyprowadzi na Przehybę.

Zaraz na początku mijamy pensjonat (bo trudno go nazwać schroniskiem) PTTK-owski "Pod Roztoką" - gdzie mój "pieczętariusz" (czyli zeszyt założony specjalnie do zbierania pieczątek - bo wcześniej zbierałem je na mapach - co jednak nie jest praktyczne - bo niszczą się wraz z mapami, a poza tym sa mało widoczne) ma swoją inicjację. 

Pierwszy odcinek wyciska z nas siódme poty, strome podejście, do tego asfaltem w upale, eksponowanym na wschodzące słońce, wschodnim żlebem...
Potem już po wejściu w las, robi się zdecydowanie przyjemniej, tyle że bardziej stromo.



Powrót do Navime - zauważyłem że muszę robić jednocześnie zrzuty na dwóch aplikacjach - wtedy jest szansa że cos zostanie - tym razem Traseo odmówiło działania i po prostu nie nagrało nic, za to Navime praktycznie całość - nie wiedzieć czemu odpuściło ostatni kilometr (na oko).

Cała trasa ma charakter mało krajoznawczy, za to znacznie bardziej sportowo widokowy. Myślę że co jakiś czas - jest to dobry odpoczynek od stałego epatowania kapliczkami, kościołami, cmentarzami itp.

Wiecie co sprawiło mi największy kłopot? ... Selekcja zdjęć na ten wpis.  zrobiłem sporo zdjęć, a mniej więcej 4/5 z nich całkiem nieźle wyszły, do tego pokazują krainę tak piękną i miejsca tak ciekawe... trudno było się zdecydować.




 Pomnik partyzantów Sądeczczyzny.




 Podejście jest męczące. Co i raz spotykamy się z trójką młodych ludzi, (dwie dziewczyny i chłopak).
jak oni odpoczywają my ich wyprzedzamy, a potem vice versa. w końcu robią taki odstęp że spotkamy ich dopiero na Przehybie. 
 
 Pierwsze widokowe miejsce. 

 Nie znam historii, być może ofiary pioruna.
 
 Taras widokowo wypoczynkowy 
Wybrańska Tylowska.
Od lewej Jacek - Piotr - ja 

 Tu juz pomimo zadrzewienia widoki są lepsze.

"Wietrzne Dziury" rezerwat mini jaskinek - niestety zarośnięte straszliwie i nie ryzykowałem wpadnięcia w którąś.
 
 Tak, dobrze widzie... ;-)

 Za to widoki stamtad coraz rozleglejsze.

 Wychodnia skalna.

 Panorama z grani pod Wielką Przehybą



 I już docieramy.



 Rozdzielnia szlaków - stąd już tylko kilkaset metrów do schroniska.
 
 już prawie...

 Już widać przekaźnik...

 Już jest! 

 Taras z widokiem na Tatry. 

 W schronisku obowiązkowo pieczątki - znaczek turystyczny (te ze schronisk, bacówek i zamków zbieram, innych nie), potem piwo!!!! Wchłania się jak jak woda w świeży beton, ale przynosi szybka ulgę i nawadnia doskonale. Za chwilę kawa i można iść dalej.

 porostów tu mnóstwo! Niekiedy całe drzewa rozsrebrzone kiściami chrobotka reniferowego i jeszcze kilku innych gatunków których niestety rozpoznać nie umiem. Co gorsza zdjęcie najciekawszego okazu mi nie wyszło, ale dostrzegłem to dopiero w domu. 

 powalony las przed Złomistym Wierchem
 


 I wilczo ludzkie ślady na nim... czyżby wilkołak z kijami trekkingowymi ;-) 


 Radziejowa tuż tuż...


 Grań prawie całkowicie pozbawiona jest zadrzewienia. Prawdopodobnie robota wiatru.
część drzew została ściągnięta w doliny, reszta butwieje na miejscu, za kilka lat będzie tu młodnik, potem świeży las.

 Borówkowisko - mnóstwo ich tu. W schronisku widzieliśmy w kuchni całe wielkie gary w których pasteryzowały się przetwory z borówek. Zatem jak zamówicie naleśniki z borówkami - to w macie pewność że to miejscowe.


 Pamiątka kolejnej ofiary górskich wędrówek - tak to bywa. 
Każdy kto wychodzi w Góry musi się liczyć z ryzykiem a wszak najwięcej ludzi to i tak w domach umiera... 


 I dotarliśmy!!! 
obelisk oznacza najwyższy punkt szczytu. Nie jest zresztą jedynym artefaktem tutaj. 

 Bo oto wspaniała wieża widokowa! 
Cokolwiek ma strome schody (dla mnie nie problem, ale widziałem osoby dla których był...), oraz nieco nadgryziona zębem czasu, ale za to widoki...!!!!! 
 

 O takie widoki! 

 Albo takie.

 lub takie - 
nawet nie potrafię nazwać widzianych szczytów i dolin - zbyt wielkie oszołomienie przestrzenią i miejscem. Być może za którymś razem zaciągnę tu mapę i kompas - teraz wystarczy mi świadomość że oto widzę tatry, Pieniny, Gorce, spory szmat Słowacji i zdaje się nawet Magurę majacząca na wschodnich rubieżach widoczności. 
Niestety mimo że widoki wspaniałe, to przejrzystość mglista, więc pięknych kontrastowych zdjęć nie będzie - może przy filtrze polaryzacyjnym, było by ciut lepiej, ale i tak go nie mam, zatem po co gdybać? 
 
 Komuś się chciało ryć...

A potem juz tylko w dół - znaczy podejścia były, ale ogólnie już coraz niżej.



 Pieniny i Trzy Korony

 Strażniczka beskidnickich skarbów. 






 Tu kiedyś była szkoła, została po niej tylko piwniczka.


 leśna chatka - chyba na wynajem - ale drogi tu żadnej nie widzieliśmy.
nie jedyne takie miejsce, tutaj. 

 To juz dolina Popradu i przysiółki Rytra. Ale wciąż w pionie mamy tam kilkaset metrów. 



 Kolejna chatka na szlaku.

 Jednak pomimo otwartych drzwi, nie ryzykował bym tam "schronienia" podczas zawieruchy.
 

 I kolejne szałasy.
 Ale za to z grillem i wygodami! 


 Jak by ktos miał dość cywilizacji...





 Zamek w Rytrze - z tej wysokości wydaje się miniaturką w czyimś ogrodzie. 


 I już coraz niżej, zrównujemy się z wyniesionymi elementami infrastruktury, za to nogi bolą jak diabli - schodzenie jednak męczy i to pomimo ciągłego podpierania się na kijkach. 

Wreszcie jesteśmy
Ostatnie zakupy - napoje przede wszystkim. Bo wyjście kosztowało nas utratę mnóstwa płynów. 

Potem w samochód, jeszcze tylko poskładanie sprzętu i można jechać. Kolejny raz podziwiam Piotra, mi film urywa się zaraz za Sączem a odzyskuję go dopiero na wysokości Rożnowa, nie nadaję się na kierowcę takich wypraw.  

Podsumowanie? 
Na drugi dzień bolące kolana przy schodzeniu po schodach, gorzej z Jackiem, dla niego był to debiut na takim szlaku. Poza tym REWELACYJNIE!!! 
A akumulatory naładowane na długo... 

Tyle że na drugi dzień wsiadamy z Marzenką w samochód i śmigamy odwiedzić Jana i Kazimierza... ale to temat na następny post.